JAK, WYJEŻDŻAJĄC DO SANATORIUM, ZROBIĆ POWIDŁO Z DZIKIEJ RÓŻY

Tato był świadomy swojej choroby, więc starał się wzmacniać swoje zdrowie na różne sposoby. Jednym z nich było jedzenie powidła z owoców dzikiej róży.

Tato chorował na serce. Miał za sobą kilka zawałów.

Podobno człowiek może przeżyć ich 3. Tato przeżył 4, ale tylko dzięki mamie, która zmuszała go do kontroli u lekarza i koniecznych zabiegów, w tym dość skomplikowanych operacji wszczepiania sztucznych żył. Chodziło w skrócie o to, żeby krew sprawnie krążyła po jego ciele.

Myślę, że starania mamy, chociaż spotykały się z oporem i złością ojca, przedłużyły mu życie. Gdyby nie jej determinacja w zmuszaniu ojca do wizyt u lekarza, pewnie odszedłby wcześniej. W końcu jego śmierć była spowodowana właśnie nagłym zatrzymaniem krążenia krwi. I nie wiem, czy to było słabe serce czy żyły nie wytrzymały, obciążone postępującą miażdżycą. Nie ma to już większego znaczenia.

Wszystko zaczęło się od pobytu w sanatorium. Z inspiracji, a raczej nakazu mamy, zmuszony, wyjechał do Rymanowa Zdrój na 2 tygodnie. Jeździł tam przez kolejne kilka lat, regularnie, we wrześniu. Wtedy też pojawiają się owoce róży.

Nie zapytam się Taty już, jak wpadł na pomysł, żeby zrobić powidło z róży

Nie byłoby w tym nic niesamowitego, gdyby nie fakt, że sam tę różę zbierał, starannie wydłubywał z niej pestki, zasypywał cukrem, aby na końcu stworzyć z niej powidło. Gotował je według własnej receptury. Stworzył ją metodą prób i błędów. Nie wiem, czy początkowo korzystał z jakiegoś przepisu. Znając go, to wypytał różnych ludzi, czy znają jakiś przepis. Na podstawie podpowiedzi i własnej intuicji oraz metodą prób i błędów doszedł do własnej receptury.

Od samego początku nie mógł usiedzieć w sanatorium, więc chodził na spacery. Podczas jednego z nich odkrył wielkie pole z krzakami dziko rosnącej róży. Pełnymi dorodnych owoców.

Dla tych, którzy zbytnio nie orientują się w geografii, Rymanów Zdrój to miejscowość z dala od fabryk, w przepięknej górzystej okolicy, na Podkarpaciu. Niektórzy nazwali by więc owoce, które zbierał ojciec, ekologicznymi.
Przez pierwsze dni pobytu uzbierał kilka kilogramów niedużych czerwonych koralików, a przez kolejne obierał je z pestek.

Nie pamiętam tego pierwszego razu, gdy przywiózł z sanatorium kilka dużych słojów z zasypanymi owocami. To było zbyt wiele lat temu.

Przypominam sobie tylko moje zdziwienie, bo gdy puściły sok po kilku tygodniach, samodzielnie zaczął je gotować.

Kazał sobie przygotować słoiki. Mama nie miała ich zbyt wiele, więc kupiła dodatkowe. I tak kilkadziesiąt niewielkich opakowań wypełniło półki w piwnicy. Tato, dumny z siebie i swojego dzieła, rozdawał powidło znajomym. Nieliczni mogli cieszyć się jego cudownym smakiem. Na każdym kroku podkreślał zdrowotne walory tego specyfiku. Podkreślał, że powidło jest dobre dla serca i pewnie tak było.

Ta sytuacja powtarzała się co roku. Wyjazd do sanatorium we wrześniu na zbiory. Widok słojów na parapecie w kuchni na początku października, a pod koniec dwa dni paćkania się w kuchni przy gotowaniu powidła.

Mama nieustannie złościła się, że nic w tym czasie nie może ugotować, bo wszystko poklejone lepką mazią i ojciec krzątający się między garnkiem, a słoikami. Ja co roku dostawałam przynajmniej jeden słoik, który dość szybko znikał. Powidło było przepyszne. Tato z roku na rok udoskonalał recepturę, dodając jabłka, pigwę, płatki róży i obowiązkowo spirytus. Do dziś nie wiem po co, ale podobno miało to zapobiec psuciu się zawartości słoika.

Przepis Taty na powidło z róży
(odtworzony z pamięci Mamy)

Owoce dzikiej róży należy dokładnie wypestkować. Zasypać warstwami cukrem i dużym słoju. Odłożyć w ciepłe miejsce na 2 tygodnie. Owoce głogu również zasypać cukrem i odłożyć.
Zlać różę do dużego garnka przez sitko. Owoce osobno zagotować i dusić, mieszając raz na godzinę dotąd, aż będą miękkie. Różę przekręcić na maszynce do mielenia.
2 kg szarej renety obrać, usmażyć drobno pokrojone.
Pigwę obrać cienko ze skórki, zetrzeć na grubej tarce, usmażyć z cukrem (1 kg owoców – 1/2 cukru). Dusić w garnku.
Dodać do róży i razem gotować.
Głóg przetrzeć przez drobne sito. W drugim garnku tak samo gotować głóg.
Przygotować słoiki.
Do gęstniejących owoców można dolać sok lub zagotować i pasteryzować.
Do gęstniejącego powidła dodać 2 słoiki płatków róży.
Doprawić wanilią, goździkami i cynamonem.
Gorące wkładać do słoików.

2 odpowiedzi do “JAK, WYJEŻDŻAJĄC DO SANATORIUM, ZROBIĆ POWIDŁO Z DZIKIEJ RÓŻY”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *