FAJKI JAKO NARZĘDZIE ZBRODNI CZYLI DLACZEGO RZUCANIE PALENIA JEST TAK TRUDNE

Kilka miesięcy przed śmiercią Tato dał się namówić w końcu Mamie na badania. Od ponad roku bolała go noga. Jakimś cudem lekarze przekonali go, że to nie wina przeciążenia fizycznego, a postępująca miażdżyca. I że nie pomoże BEN-GAY, maść przeciwbólowa, 50g, bez recepty. Potrzebna jest operacja i bezwzględne rzucenie fajek.

Zgodził się na kolejne w jego życiu grzebanie w żyłach. Głębokie cięcie i udrażnianie przepływu krwi w pachwinie. Ta noga musiała go naprawdę boleć jak cholera. Usypianie, wybudzanie, strach przed i po operacji.

Znowu słyszał od lekarzy, że musi rzucić palenie. Że te wszystkie syfy: substancje smoliste, nikotyny i reszta plag atakują jego naczynia krwionośne. A te są z każdym wypalonym Irisem osłabione i wątłe, bezbronne wobec siły postępującej miażdżycy. Ale on miał daleko gdzieś zdanie lekarzy i po powrocie od kolejnego, z nerwem w głosie, kończył dyskusję na temat rzucania papierosów: jak już nie mają co powiedzieć, to mówią „rzuć pan palenie”.

Ojciec i jego ciało składające się z tkanek, umierali solidarnie z każdym wypalonym papierosem. Nawet wtedy, gdyby ból w nodze wzmagał się podczas zaciągania i wypuszczania dymu, paliłby za chwilę kolejnego. Paczka za paczką. Dzień za dniem.

 

Pamiętam, jak wróciłam z nim z przychodni. Kilka godzin wdychania słodkawego powietrza na korytarzach, wypełnionych ludźmi i zielonkawą mgiełką światła. Ja i mój Brat siedzieliśmy z nim w kuchni. Ze łzami w oczach prosiłam go, żeby rzucił to gówno. Rozmawialiśmy przy stole. Momentami podnosiłam głos z bezsilności. Nie dał sobie przetłumaczyć. Operacja pomoże i nie ma o czym dyskutować. Chodźmy zapalić.

Nie pamiętam, czy wtedy ja też paliłam.

Ojca bez papierosa nie pamiętam. Palił zawsze. Najpierw normalne, pod koniec życia cienkie, bo jak sam twierdził, te cienkie mniej szkodzą.

 

Ja pierwszy raz sztachnęłam się z głupia, chcąc zaimponować starszemu bratu, na półpiętrze w bloku przy Gagarina. Wtedy zarzekałam się, że palić nie będę. Pod koniec podstawówki wydawało mi się, że palą wszyscy, więc ja też. Czemu nie. I już poszło. Aż wstyd się przyznać.

Potem sporadycznie, od imprezy do imprezy, aż w końcu matura i poszło.  Paliłam całe studia.  Pamiętam, jak paczka kosztowała 5 złotych. I jak zarzekałam się, że rzucę, jeśli będą kosztować więcej niż dychę.

Na trzydzieste urodziny odprawiłam rytuał przy torach kolejowych. Mój przyjaciel Tomek był świadkiem rozstania z nałogiem. Zapaliłam ostatniego papierosa i wyrzuciłam przed siebie prawie całą paczkę fajek. Po chwili zainteresował się nią jakiś żul, a ja czułam siłę z rozstania z nałogiem.

 

Dzisiaj jestem bliżej czterdziestki i właśnie rzucam fajki po raz trzeci. A może czwarty? Ostatniego papierosa wypaliłam dwa tygodnie temu i cholernie chce mi się palić. Nie boli mnie noga. Kaszlę trochę, ale lekarka nie była pewna, czy to początki astmy. W sumie nie wiadomo co. Moje tkanki nie mówią po polsku, więc udaję, że nie rozumiem, co chce powiedzieć moje ciało. Chce mi się palić. Myślę o Tacie i jego determinacji palacza. Świadomym wyborze narzędzia zbrodni.

W mieszkaniu nie mam tytoniu ani cienkich Irisów. Tym razem wszystkie moje naczynia krwionośne są ocalone. Jutro też pomyślę o Ojcu, jak będzie mi się chciało palić. O tym, że może gdyby rzucił wtedy palenie, to dziś mogłabym mu zadać wszystkie pytania.

4 odpowiedzi do “FAJKI JAKO NARZĘDZIE ZBRODNI CZYLI DLACZEGO RZUCANIE PALENIA JEST TAK TRUDNE”

  1. Ciekawy tekst i dla mnie zarazem przygnębiający. Tak bym chciała aby córka rzuciła palenie , a nie widzę widoków na to , chyba że stanie się jakiś cud?
    Życzę wytrwałości w postanowieniu Umkum !!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *