ACH, CO TO BYŁY ZA ŚLUBY!

Alfred i Łucja pobrali się w sierpniu 1968 roku, a potem jeszcze raz w grudniu. Śluby były dwa, bo wtedy inaczej się nie dało. Tylko niewierzący albo partyjni brali ślub raz. Wierzący przysięgali przed urzędnikiem, w obecności świadków i drugi raz, ślubując miłość, wierność i że aż do śmierci przed ołtarzem.

Przywiązuję wagę do własnych historii miłosnych i czasem do nich wracam. Moją ulubioną jest ta ostatnia, która skończyła się ślubem. Jednym, w kościele, w lipcowe popołudnie. Te moje wspomnienia są żywe, wypielęgnowane i pachnące świeżością. Wspomnienia moich rodziców mają za sobą dwoje dorosłych dzieci, choroby, euforie, siwe włosy, tabletki trzy razy dziennie i marmurowy grobowiec. Pewnie dlatego niewiele w nich jest zachwytu i uniesienia.

Ale gdy widzę na zdjęciu młodych, wpatrzonych w siebie kochanków, pięknych, wzruszonych, to ślub tych dwojga wydaje mi się równie pachnący i czuły, mimo, że na nim nie byłam, i nie ma żadnej rzewnej historii, którą opowiedziałaby mi mama albo ktoś ze świadków.

Dwudziestodwuletnia Łucja wyglądała przepięknie w krótkiej, białej sukience. Toczek i klipsy dopełniały eleganckiego wyglądu panny, która zaraz zmieni stan cywilny i przyjmie nazwisko po mężu. Alfred biorąc ją za żonę miał dwadzieścia trzy lata. Był starszy od niej prawie o rok, bez trzech dni.

Wyobrażam sobie sierpniowy dzień, w którym zakochani w sobie po uszy, Alfred i Łucja, spotykają się przed urzędem stanu cywilnego w Mielcu, w małym gronie znajomych.

Są oszołomieni i trochę wystraszeni, bo zaraz staną przed urzędnikiem, a może to była urzędniczka, i będą za nią powtarzać słowa, których znaczenie poznają innym razem, w okolicznościach mniej romantycznych niż sukienka mamy, czy fryzura taty.

Kilka miesięcy później, w mroźny grudniowy dzień, wracają szczęśliwi z kościoła w Narolu.

Łucję pod rękę trzyma ją świeżo upieczony mąż, ten sam, za którego wyszła w sierpniu tego samego roku w Mielcu.

Jest ubrana w gruby kożuch, spod którego wystaje długa biała suknia, a we włosy wpięty ma welon. Wygląd klasycznej panny młodej uzupełnia bukiet, kilka goździków przewiązanych białą wstążką.

Łucja postanawia zasuszyć z jakiegoś powodu kwiaty, a ja po wielu latach znajduję je w albumie, wyklejonym zdjęciami gwiazd dużego ekranu, wyciętymi ze starych gazet.

Dlaczego wzięli dwa śluby? Odpowiedź jest prosta: bo tak się wtedy robiło.

Jeśli byłaś katoliczką i chciałaś wyjść za mąż, ślub kościelny był tylko wydarzeniem duchowym. Państwo go nie uznawało i musiałaś uroczyście oświadczyć w urzędzie, żeby stać się razem ze swoim wybrankiem rodziną jako podstawową komórką społeczną. Rodziną, której założenie potwierdzało się wbitą do dowodu osobistego pieczątką oraz aktem małżeńskim. Każdy może mieć w niego wgląd, wypełniając wniosek w dowolnym urzędzie.

Twoje małżeństwo dostawało raz na zawsze numer i proszę bardzo, idźcie i rozmnażajcie się. Marsz Mendelsona dla wszystkich.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *